piątek, 4 kwietnia, 2025
info@echogminopolskich.pl
Ciekawostki

Babiniec listopadowy z męską literaturą w tle

Babiniec listopadowy z męską literaturą w tle

W tym numerze na łamach Babińca gościmy wyjątkowego gościa. Autora „Linijek papilarnych”, o którym piszemy w osobnym artykule. Marian Buchowski jest mieszkańcem gminy Dobrzeń Wielki. A o swoich trzeba dbać. Doceniać i szanować.

Zwłaszcza kiedy to mądrzy ludzie, dużego formatu. To oni tworzą kulturę, swoimi osiągnięciami przyczyniają się podniesienia „średniej” inteligencji dobrzeńskiego zasobu ludzkiego. Dlatego złości mnie, że mamy swoich twórców, pisarzy, malarzy, poetów, którzy swoje dzieła promują gdzie indziej. Nie dlatego, że tak chcą, tylko dlatego, że na rodzimym gruncie nikt się nimi nie interesuje specjalnie. A to wielki błąd. Bardzo wielki. Pierwsze spotkania autorskie, wystawy itp. powinny się odbyć właśnie w miejscu ich urodzenia, czy zamieszkania. Przecież to duma i chluba gminy. Mamy Ośrodek Kultury, biblioteki, a więc są osoby, pracownicy, które powinny być na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi. Zwłaszcza tymi dziejącymi się pod ich własnym nosem…. Trochę ogarnęła mnie złość, kiedy pomyślałam ilu ludzi z gminy Dobrzeń, wydało książki, tomiki poezji, namalowało obrazy itp., i nikt się nimi nie zainteresował, promują się w mieście, w innych gminach, gdzieś w Polsce, a u nas o nich głucho… Dlatego począwszy od tego wydania Echa, będziemy skrzętnie szukać i publikować dzieła naszych rodzimych twórców, artystów, we fragmentach, albo w całości. W Babińcu albo na innych stronach naszej gazety, z nadzieją, że nasi „wielcy stąd” znajdą się również w przestrzeni publicznej, nie tylko na papierze Echa. Poniżej przedstawiamy fragment książki Mariana Buchowskiego, którą naprawdę, naprawdę warto przeczytać.

Dlaczego gen. Jaruzelski czytał „Trybunę Opolską”

Był początek roku 1980. Kryzys gospodarczy coraz głębszy, większości ludzi żyje się podle, nastroje fatalne. Oficjalnie jeszcze spokój, partyjna prasa warszawska pogodna jak śpiew skowronka, tylko opozycja, w niskonakładowej bibule, kracze „komunie” na pohybel. I oto w partyjnej gazecie „Trybuna Opolska”, w magazynowym wydaniu z 11 stycznia (nakład: 185.280 egzemplarzy!), ukazuje się tekst Niny Kracherowej zatytułowany niewinnie „Druga twarz lokatora”. Tekst zaczyna się banalnie: lokatorzy zalegają z czynszem, śmiecą, szczają po klatkach schodowych, zakłócają ciszę nocną… Dlaczego – pyta Kracherowa przedstawiciela mieszkaniowej administracji – tak się cackacie z niektórymi gagatkami, bywacie tacy wyrozumiali wobec naruszających regulamin i dobre obyczaje sąsiedzkie? Inspektor wymiguje się ogólnikami, ale nie z Niną takie numery. Więc przyciśnięty do muru wyznaje wreszcie prawdę. Biedak, nauczony wcześniejszym doświadczeniem medialnym, wierzył, że i tym razem ma do czynienia z odpowiedzialnym redaktorem z partyjnej gazety, który wie bez pomocy cenzora, która prawda nadaje się do gazety, a która nie. „Administracja – mówi inspektor – boi się interweniować, bo na tym osiedlu w niektórych blokach mieszkają bardzo ważne szyszki”. I podał, dla przykładu, konkretny adres.

Był to blok podlegający Wojskowemu Zarządowi Budynków Mieszkalnych, a wiec zamieszkały przez wojskowych, oczywiście nie jakichś kaprali czy sierżantów, tylko przez ugwiazdkowione szarże. Za parę dni, w magazynowym wydaniu „Trybuny Opolskiej”, Nina Kracherowa obwieszczała nie tylko opolskiemu światu, podając nazwę ulicy i numer tego wojskowego bloku: „Co rano znaleźć można pod oknami i balkonami tego bloku? Proszę bardzo: całe kury, całe schaby, całe szynki, całe kiełbasy. Wyrzucane przez okno skrzynki po bananach i pomarańczach. Butelki. Prezerwatywy. Opaski higieniczne, buty, części garderoby…”

Ten i ów męski czytelnik gazety, zwłaszcza ze starszej generacji. mógł przy lekturze, między jednym a drugim łykiem piwa, rzec wtedy do kolegi:

– No i co, że prezerwatywy i butelki? Wojaki przecież, a nie skauty. Ale ten prowiant na łące! Całe szynki. Całe schaby. Nie parę plasterków, tylko całe! Tyle dobra minęło żołądek! Za dużo fasują, nosem przelewa się oficerstwu dobrobyt.

Młodszym warto powiedzieć, a starszym przypomnieć w tym miejscu, że sklepy polskie były wtedy pustawe, kupić jakieś delikatesowe specjały można było tylko za bony dolarowe w „Peweksie”, po kaszankę czy jakiś wieprzowy gnat ludzie wystawali w długich kolejkach…

W Komitecie Wojewódzkim PZPR Włodzimierzowi Kosińskiemu (redaktor naczelny „Trybuny Opolskiej”) poradzono, aby gdzieś zdobył sobie kartonowe pudełka i pakował doń redakcyjne manatki, bo „tym paszkwilem towarzyszki Kracherowej w „Trybunie Opolskiej” zainteresował się sam towarzysz Jaruzel i rozkazał zrobić w Opolu porządek”. Oczywiście nie na trawniku pod wojskowym balkonem, tylko porządek w całokształcie. Przecież generał Jaruzelski chce za niedługo kierować kadrę oficerską do cywilbandy w terenie, aby – w ramach Terenowych Grup Operacyjnych – oficerowie świecili przykładem i usprawniali rządzenie Polską gminną. A tu taki pasztet w Opolu! I to pod szyldem „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Kosiński jednak ocalał, a z Niną Kracherową nie próbowano nawet rozmowy ostrzegawczej. Jedynie przy jakiejś partyjnej okazji zebraniowej przypomniano jej półgębkiem w kuluarach, że partia, wiecie towarzyszko Nino, ceni bardzo wasze pióro i krytykę, ale konstruktywną, wyważoną, więc nie użyczajcie wrogom ustroju swojego wielkiego talentu…

x x x

Innego znanego opolskiego dziennikarza Ryszarda Hładkę wolna Polska też powoli wygumkowywała z dziejów. Nie od razu. U początków wepchał się nawet do solidarnościowej awangardy (choć do Solidarności się nie zapisał). Za swą działalność został internowany.

Zawiozła Hładkę milicja do ośrodka internowania w nadmorskim Darłówku, przeznaczonego dla starszych opozycjonistów. Przed stanem wojennym był to dom wczasowo-wypoczynkowy. Hładko, wojujący ateista i zwolennik świeckiego państwa, przedstawiający się jako „osobisty wróg Pana Boga”, znalazł się w towarzystwie osób demonstrujących swoją religijność nie tylko podczas odprawianych tam nabożeństw i modlitw. Próbował nawracać na ateizm, przekonywać, że religia to opium dla ludu, wciągać w światopoglądowe dyskusje zwłaszcza tych, którzy mieli na to najmniejszą ochotę. Szybko został uznany za zakałę ośrodka, bo skakał do oczu nawet Mazowieckiemu i Geremkowi, którzy tu później trafili.

Po wyjściu z internowania opublikował własnym sumptem książkę zatytułowaną „Kuglarze i Opętańcy (z doświadczeń internowanego)”. Co było w środku – łatwo się zorientować na podstawie okładkowego rysunku: z lewej strony, otoczony drutem kolczastym, budynek z napisem INTERNOWANI, przy nim zaparkowane trzy samochody, z których wynoszą dla internowanych naręcza delikatesowych darów – od Caritasu, Episkopatu i PCK; po prawej stronie – dom oznaczony POZOSTALI, a tam sklep spożywczy i do niego ogromna kolejka korzystających z wolności.

Hładko miał uprawnienia przewodnika turystycznego, więc w wolnej Polsce oprowadzał wycieczki po Opolu, dorabiał sprzedażą figurek wykonywanych z posklejanych kamyków, których całą walizkę przywiózł z Darłówka. I pisał – publicystykę oraz prośby. Jedną, o dofinansowanie swych broszur, skierował do dyrektora Elektrowni Opole Józefa Pękali. Byłem wtedy w elektrowni kierownikiem oddziału public relations, przeze mnie prowadziła ścieżka do wydatków na promocję, zaopiniowałem prośbę pozytywnie. Pękala zaakceptował i pieniądze poszły do Hładkowego wydawcy.

Do dyrektora Pękali zwrócił się też z prośbą o wsparcie Zdzisław Adamiec. Ten utalentowany reportażysta szykował kolejną książkę i – jak przy poprzedniej – poprosił Pękalę o sponsorowanie. Zaopiniowałem, oczywiście pozytywnie, Adamca wniosek, puentując go, oczywiście bez czytania maszynopisu, zapewnieniem, że książka – tak jak poprzednie –porusza ważną społecznie problematykę, a dotychczasowy dorobek autora jest gwarancją dobrego poziomu dzieła. I po dwóch miesiącach wzywa mnie dyrektor Pękala, podaje egzemplarz „Nowej Trybuny Opolskiej”, do której tego dnia jeszcze nie zdołałem zerknąć. A tam, zakreślony czerwonym mazakiem, bardzo dowcipny felieton, tylko że mnie podczas lektury ochota na śmiech szybko odbiegła na kilometr. Felieton m. in. chwalił osobiście dyrektora Pękalę i jego Elektrownię Opole, która sprzyja ambitnym poczynaniom pisarskim opolskich autorów, a na dowód awangardowości prozy sponsorowanego przez nas Zdzisława Adamca felietoniści zacytowali początek jednego z rozdziałów jego nowej książki: „W Wiśle zobaczyłem po raz pierwszy cipkę. Była to cipka Oli, mojej najlepszej wtedy koleżanki…” Westchnąwszy samokrytycznie wachlowałem się milcząco gazetą, a Pękala zapytał, czy pisarz Adamiec ma jeszcze w tej książce dużo koleżanek…

Fragment najnowszej książki Mariana Buchowskiego pt. „Linijki papilarne”. Można ja kupić w księgarni w Dobrzeniu Wielkim.

Babiniec listopadowy z męską literaturą w tle 4

Echo Gmin Opolskich

Dodaj komentarz