Dzięki programowi 500+ sytuacja demograficzna w Polsce wyraźnie poprawiła się, choć nadal jest zła. Niektórzy wpierają wprawdzie, że 500+ jakoby już nie działa, bo dzieci rodzi się znów mniej (w 2018 będzie zapewne nieco mniej urodzeń niż w 2017), ale wierzyć im nie należy.
Dzieci rodzić się teraz będzie z każdym rokiem mniej, bo nie ma komu rodzić. Ostatni nasz wyż demograficzny miał wierzchołek w 1983 roku. Urodziło się wtedy w Polsce 724 tys. dzieci. Jeśli przyjąć, że wyżowe roczniki miały ponad 600 tys. urodzeń rocznie, to pierwszym rocznikiem wyżu był 1973, w którym urodziło się 601 tys. dzieci, a ostatnim 1987, w którym urodziło się 608 tys. dzieci.
Dziś kobiety z rocznika 1973 mają po 45 lat i już tylko bardzo nieliczne z nich rodzą. Kobiety z zamykającego wyż rocznika 1987, mają wprawdzie dopiero po 31 lat i rodzą jeszcze intensywnie, ale one zamykają odchodzący wyż. W okres rozrodczy weszło już wiele roczników niżowych i każdy kolejny rok przynosi dalsze takie pogorszenie. Coraz mniej jest kobiet w wieku rozrodczym. Dlatego dzieci musi być teraz z każdym rokiem mniej, pomimo tego, że statystyczna kobieta ma ich coraz więcej.
Jeśli chcemy uczciwie oceniać działanie 500+, to musimy patrzeć na współczynnik dzietności. Jest on uznawany przez wszystkie państwa świata. W skrócie nazywa się go TFR, od angielskiej nazwy Total Fertility Rate (współczynnik dzietności całkowitej). TFR dla danego roku mówi, ile statystyczna kobieta miałaby w całym swym życiu dzieci, gdyby skłonność do rodzenia była stale taka, jak w danym roku. W 2015 Polska miała TFR w wysokości 1,289 (czyli 1289 dzieci na statystyczny 1000 kobiet, w ciągu całego ich życia). W 2016 TFR wzrósł do 1,357 a w 2017 do 1,453.
TFR z 2017 był najwyższy w całym dwudziestoleciu 1998-2017. Jest on jednak wciąż zbyt niski, by zapewnić nam bezpieczeństwo demograficzne w przyszłości. 500+ to zbyt mało, by TFR osiągnął pożądaną wysokość. Ważne są też inne czynniki, np. pewność pracy z dobrą płacą. W tej sprawie też się ostatnio trochę poprawiło.
Sukcesem jest znaczący wzrost liczby pracujących w Polsce (a co za tym idzie rekordowo niski poziom bezrobocia). GUS (Główny Urząd Statystyczny) liczy co kwartał liczbę wszystkich pracujących w Polsce. Ostatnim policzonym jest drugi kwartał 2018. Pracowało wtedy w Polsce 16.471 tys. ludzi. Dla porównania, w drugim kwartale 2015 pracowało 16.033 tys. ludzi. Przybyło więc 438 tys. pracujących. Ale to nie wszystko.
W drugim kwartale 2015 pracujących bez wypłaty (np. w gospodarstwie rodziców) było 476 tys. a w drugim kwartale 2018 tylko 403 tys. Oznacza to, że 73 tys. pracujących przeniosło się z grupy „bez wypłaty” do grupy „z wypłatą”. Pracujących przybyło zatem 438 tys., ale otrzymujących wypłatę o 73 tys. więcej, czyli 511 tys. To wyraźna poprawa, tym bardziej, że wypłaty w 2018 są wyższe niż w 2015.
Nie będę posługiwać się średnią płacą, bo wielu pracowników o tej średniej może tylko marzyć. Bardzo ważna jest minimalna płaca. W 2015 wynosiła ona 1286 zł na rękę (1750 zł brutto). Od 1 stycznia 2019 będzie ona równa 1634 zł na rękę (2250 brutto). Nawet uwzględniając inflację, w 2019 pracujący za płacę minimalną dostanie o około 25 proc. więcej niż w 2015. Tempo wzrostu płacy minimalnej jest więc dziś spore.
Na uwagę zasługuje też inna sprawa, tzw. umowy śmieciowe, czyli zatrudnianie ludzi bez prawa do chorobowego, bez prawa do urlopu, bez prawa do emerytury w przyszłości etc. Wspomniane umowy nie są niczym złym, gdy dotyczą kogoś, kto np. oprócz takiej umowy ma gdzie indziej normalny etat albo emeryturę, albo jest dopiero studentem. Praca na taką umowę nie może jednak być podstawą utrzymania człowieka w wieku produkcyjnym. Wraz z szybką poprawą na rynku pracy problem tzw. umów śmieciowych stracił dziś znaczenie.
Całkiem bezpodstawne okazało się czarnowidztwo, jakoby wzrost płac i przejście od umów śmieciowych do normalnych etatów miało uderzyć w firmy, odbierając im rentowność. Ostatnie dane z wykonania budżetu państwa są za październik. W okresie I-X 2018 z tytułu CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) firmy wpłaciły do budżetu państwa 28,8 mld zł. Za okres I-X 2015 wpłaty te wynosiły 21,5 mld zł. Nastąpił więc wzrost wpłat z tytułu CIT o 34 proc., a to oznacza, że taki był wzrost dochodów firm. Na przemianach lat 2016-2018 firmy zyskały zatem jeszcze więcej niż ich pracownicy.
W tym miejscu czytelnik mógłby słusznie żachnąć się, że przecież z tytułu wynikało, iż rzecz będzie o mieszkaniach, a tu już pół artykułu i cały czas inne tematy. Racja, miało być o mieszkaniach, ale nie umiałem odmówić sobie wyrażenia satysfakcji, że wreszcie, poczynając od 2016, polskie sprawy zaczęły iść w lepszym kierunku. Oby tak dalej! W sprawach mieszkaniowych też jest dużo lepiej. W tabelce podałem ile nowych mieszkań oddawano w Polsce do użytku w kolejnych dziesięcioleciach, poczynając od lat 1950-1959.
Do dziś nie osiągnęliśmy wprawdzie tempa budowy mieszkań z dekady 1970-1979, ale przynajmniej zbliżyliśmy się do tempa dekady 1960-1969. Na to zbliżenie zapracują głównie lata 2016-2019. Nie wiem na ile znany jest np. fakt, że w 2017 roku oddano w Polsce do użytku ponad 178 tys. nowych mieszkań, co jest rekordem w całym okresie 1989-2017. Mieliście świadomość, że w ubiegłym roku padł rekord liczby oddanych do użytku nowych mieszkań w całych dziejach III RP? Wątpię, byście mieli tę świadomość.
Dziś wiadomo już, że w 2018 rekord mieszkaniowy 2017 roku będzie pobity. Liczba nowych mieszkań, oddanych do użytku w bieżącym roku, może okazać się najwyższą po 1980 roku. A gdyby nawet ociupinkę zabrakło do tego rekordu, to wówczas w 2020 już z całą pewnością padnie rekord 40-lecia 1981-2020.
Z mieszkaniami wiąże się ciekawe pytanie: Czy ludzie powinni mieszkać w mieszkaniach (domach), które są ich własnością, czy może lepiej w wynajętych? Ciekawe dane w tej sprawie przytoczył Przemysław Zańko w tekście opublikowanym na łamach portalu Regiodom.pl. Na podstawie danych Eurostatu sporządził on zestawienie, pokazujące jaki odsetek ludzi w poszczególnych państwach UE mieszka w wynajętych mieszkaniach (domach). Nie mogłem tu przytoczyć całej listy Przemysława Zańko. W tabelce są więc tylko wybrane państwa.
Na wspomnianej liście państw UE najwyższe miejsce zajmowały Niemcy, w których niemal połowa ludzi nie ma własnych mieszkań (domów) tylko woli je wynajmować. Najniższe miejsce przypadło Rumunii, w której niemal wszyscy obywatele mieszkają we własnych mieszkaniach (domach). Zadziwiające!
Problemem państw takich jak Polska czy Rumunia jest ogromny, w stosunku do płacy, koszt wynajęcia mieszkania. Wspomniany już Przemysław Zańko podał przeciętne oferowane dziś miesięczne czynsze różnych mieszkań w główych miastach Polski. Do tabelki wybrałem tylko czynsze dla mieszkań dwupokojowych. Np. we Wrocławiu za wynajęcie dwupokojowego mieszkania trzeba płacić 2200 zł miesięcznie (i to jest sam czynsz, bez opłat za wodę, prąd etc.). Przy tak horrendalnych czynszach ludzie wolą wziąć kredyt, który będą spłacać do końca życia, bo wyjdzie im na to samo, co przepłacanie za czynsz w wynajętym mieszkaniu, a przynajmniej będą mieć własne mieszkanie. Czy czynsze muszą być takie wysokie? Nie, nie muszą.
Przytoczę tu interesujący przykład z Tułowic. Gmina Tułowice postanowiła wybudować domek z czterema dwupokojowymi mieszkaniami po 40 mkw każde. Domek oddano do użytku w 2015 roku. Na zdjęciach pokazuję go z dwóch stron. Jest też planik pojedynczego mieszkania. Każde mieszkanie to ćwiartka domu. Na planiku P-1 to pokój 10 mkw, P-2 to pokój 11 mkw, K – to kuchnia 8 mkw, przy czym jej część to kącik jadalny (oznaczony gwiazdką). Między kącikiem jadalnym a przedpokojem (4 mkw, oznaczony dwiema gwiazdkami) nie ma ściany, przez co kącik jadalny jest przestronniejszy. Ł to łazienka (4 mkw, natrysk, WC, umywalka i pralka), G to pomieszczenie gospodarcze a W – wiatrołap, każde po 1,5 mkw.
Przetarg na wybudowanie tułowickiego domku wygrała firma TBC Tomasz Czyżowicz z Głubczyc, która zaoferowała zbudowanie go za 445 tys. zł (brutto), tj. po 111 tys. zł za jedno mieszkanie. Przyjmując 50-letnią amortyzację otrzymamy miesięczny czynsz za jedno mieszkanie w kwocie 185 zł. Zakładając, że takie domki budowałby pod wynajem prywatny inwestor, dajmy mu godziwy zysk (20 proc.) i otrzymamy 222 zł, a z podatkiem od gruntu i mieszkania wyjdzie jakieś 230 zł miesięcznie.
Czynsz 230 zł byłoby w stanie zapłacić małżeństwo z dwójką małych dzieci, nawet gdyby każde z nich pracowało za minimalną ustawową płacę. Gdy dzieci podrosłyby, wynajęliby trzypokojowe mieszkanie z miesięcznym czynszem 300 zł, ale też pewnie zarabialiby już wtedy nieco lepiej niż minimalna ustawowa. Czy obecnemu rządowi uda się doprowadzić do tego, by czynsze nie były zbójeckie a wynajęcie mieszkania przestało być w Polsce problemem? Oby mu się udało.
Piotr Badura